Home » Samochody » Auto z salonu

0

Jak już wcze­śniej wspo­mnia­łam w Kupu­jemy nowy samo­chód, auto z salonu kupu­jemy nowiut­kie, nie­na­ru­szone. Ale czy tak jest zawsze?

Tylik i Lukaszm w komen­ta­rzach poru­szyli bar­dzo ważną kwe­stię nowych samo­cho­dów z salonu:
(…)w pol­skich realiach dosć czę­sto się zda­rza, ze do klien­tów nowe tra­fiają auta, które spa­dły np. z pod­no­śni­ków lub zostały uszko­dzone (np. pory­so­wane lub pukniete). (…)

(…)Zda­rzało się cza­sem, że wyjeż­dża­jąc ze sta­cji widzia­łem na lawe­cie jesz­cze nie roz­ła­do­wane nowe auta, a już uszkodzone. (…)

Ja także sły­sza­łam o kilku przy­pad­kach. Ludzie kupo­wali auto w salo­nie jako nowe czyli bez­wy­pad­kowe. Po kilku latach eks­plo­ata­cji nad­cho­dził moment sprze­daży i wyszła prawda na jaw. Oka­zało się, że auto jest po wypadku albo spa­dło z podnośnika.

Wła­ści­ciel modelu Mer­ce­desa za grubą kasę wyjeż­dża­jąc z salonu był prze­ko­nany, że ma śliczny nowy samo­cho­dzik. W krót­kim cza­sie miał stłuczkę i oka­zało się… że na przed­niej czę­ści auta jest pełno szpa­chli. Wyobraź­cie sobie, dro­gie panie, tą roz­pacz… to tak jak z dro­gimi szpil­kami, w któ­rych zła­mał się obcas przed waż­nym spo­tka­niem. Z tego, co wiem, sprawa zna­la­zła swój finał w sądzie.

Znam też inny przy­pa­dek. Kobieta kupiła w salo­nie nowego Fiata. Śliczny mały miej­ski samo­cho­dzik. Miała go ode­brać w umó­wio­nym dniu. Przy­je­chała pod salon a dealer łgał w oczy, że jesz­cze nie jest gotowy. Oka­zało się, że tego dnia była wystawa Fiata na sta­dio­nie miej­skim. Ten śliczny samo­cho­dzik stał na wystawce, wszy­scy go oglą­dali, doty­kali, wsia­dali do niego. I ryso­wali lakier, przez nie­uwagę. Auto spraw­dzono po nume­rze nad­wo­zia. Oka­zało się, że to jest samo­chód, który miał być sprze­dany tej kobie­cie. Kobieta potem go kupiła. Dla­czego? Bo to był ostatni model z niż­szego rocz­nika i już wię­cej nie spro­wa­dzali. A ona potrze­bo­wała auta na już. Jeź­dziła dwa dni i co się oka­zało? Linka od licz­nika była odkrę­cona. Licz­nik nie nabi­jał kilo­me­trów. Roze­szło się po kościach. Udało się dealerowi…bo kobieta nie chciała mieć już z nim do czy­nie­nia. Na szczę­ście samo­chód bar­dzo dobrze się spra­wo­wał przez następ­nych kilka lat. To znaczy…do momentu sprze­daży dzia­łał bez zarzutu.

Takich i podob­nych prze­krę­tów w salo­nach jest mnó­stwo. Jed­nak ludzie nie chwalą się, że stali się posia­da­czem TAKIEGO samo­chodu. W razie sprze­daży nikt tego auta póź­niej nie kupi. Będzie z nim pro­blem. A po co to komu? Lepiej opchnąć, niech inny się martwi.

Ludzie są różni. Deale­rowi i han­dla­rzowi w komi­sie cho­dzi tylko o jedno. Sprze­dać samo­chód (a raczej wci­snąć) i zaro­bić. Zaro­bić na uśpio­nej czuj­no­ści kupu­ją­cego. Zatem nie dajmy się oszu­kać. Bycie nie­do­wiar­kiem też ma swoje plusy.

Wrzuć info na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Śledzik
  • Blip
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Wahacz
  • Wykop
  • elefanta
  • Kciuk.pl

Skomentuj

.